Żywot samotnego ridera

Motocyklistów można podzielić na dwie grupy – tych zrzeszonych w grupach czy klubach oraz tych latających samotnie lub od czasu do czasu z znajomymi. Osobiście nie jestem zrzeszony, nie jeżdżę ze znajomymi i bardzo rzadko bywam na zlotach. Dlatego tym razem pokrótce dlaczego właśnie tak a nie inaczej.

Przynależność do subkultury motocyklowej od zawsze była dla mnie oczywistością. Jak podkreślałem w innych moich publikacjach, tradycje motocyklowe były i są przekazywane w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Zresztą nawet jeśli by tak nie było, to przecież sam ruch motocyklowy można traktować jako jedną wielką rodzinę. „Lewa w górę”, spotkania, zloty czy pomoc na drodze gdy brat lub siostra złapie kapcia czy akcje charytatywne – to nas wyróżnia i tym możemy i powinniśmy się chwalić.

Sam jednak jak już wspomniałem wiodę żywot samotnego ridera. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam motocykle i motocyklową brać ale po prostu wolę podróżować sam. Wtedy czuję tą prawdziwą wolność, nie jestem od nikogo zależny, na nikogo nie muszę czekać i jadę wtedy kiedy chcę i tam gdzie chcę. Taki stan rzeczy nie panował jednak zawsze. Swego czasu zastanawiałem się nad wpisaniem się do klubu. Starszy kolega jednak przestrzegł mnie, że zdarza się tak, że klub wymaga od ciebie by to on był na pierwszym miejscu. Rodzina, znajomi wszystko idzie w odstawkę. Nie można oczywiście wszystkich wrzucać do jednego worka ale dało mi to do myślenia. Zadawałem sobie pytanie, ile jestem w stanie poświęcić dla swojej pasji? Odpowiedź? Dużo ale nie wszystko. I w ten sposób zostałem swoistym „easy riderem”.

Zdarzyło mi się oczywiście parę razy polatać z znajomymi ale jakoś to nie było to. Może dlatego, że niewielu posiadało choppery i raczej woleli autostrady, zakręty i szybkość niż dalekie podróże. A właśnie długie trasy to to co mnie po dzień dzisiejszy najbardziej kręci.

Nie pociągają mnie także zloty. Mimo to, że zwykle są to (nie)zapomniane imprezy i niejednokrotnie jedyne okazje by spotkać znajomych, których czasem się nie widzi miesiącami – piwkowanie, pieczenie kiełbasek i oglądanie podskakujących cycków na scenie (no może poza tym ostatnim) po prostu odpuszczam.

Wolę zabrać Pat na kilkudniową trasę, pozwiedzać ciekawe miejsca i po prostu cieszyć się samą jazdą, podróżą. Cieszyć się swoją pasją. Piwko też lubię sobie wypić ale na wygodnej kanapie czy na balkonie w domu lub w hotelu. Cenię sobie spokój i możliwość wyciszenia, pozostawienia tego całego syfu związanego z codziennością gdzieś za sobą. W tym celu nie muszę spać w namiocie czy potykać się o pijanych kolegów, wystarczy, że siadam na moją „Gwiazdę” i ruszam w świat.