Sprzedane mistrzostwo MotoGP?

Minęły dwa dni od ostatniego wyścigu sezonu. Echa wydarzeń z ostatnich tygodni jednak nie milkną. Jak zawsze subiektywna opinia o wyścigu w Walencji oraz na temat nowego mistrza Jorge Lorenzo.

Na początek muszę się przyznać, że należę do grupy popierającej Rossiego. Może nie oglądam każdego wyścigu, nie mam powieszonego plakatu ani nie całuję jego zdjęcia na dobranoc ale to właśnie z nim sympatyzuję. Dlaczego? Fajnie się ogląda podstarzałych mistrzów (zaraz zaraz Doctor taki stary znowu nie jest… :)) wygrywających dzięki swojej technice, umiejętnościom i sprycie a walczącymi z przebojowym, młodym pokoleniem.

Wróćmy jednak do tego co się działo na torze i poza nim. Fakt, Doctor dał d*py. Trzeba powiedzieć to wprost. Ale kto na jego miejscu by się nie wk*rwił gdyby małolat nie zajeżdżał ci cały czas drogi a w ostatnim wyścigu zamiast walczyć zgodnie z duchem sportu jechał sobie piknikowym tempem. Lorenzo też nie lepszy. Fakt, stawka wysoka bo szło o tytuł ale kablować na kolegę z teamu? Za grosz honoru. Dobrze się stało, że Rossi nie pojawił się na gali bo zapewne doszłoby do rękoczynów.

 

Z drugiej strony czy mistrzostwo dla Lorenzo jest niezasłużone? Nie. Jorge na przestrzeni całego sezonu prezentował się wyśmienicie, o czym świadczy liczba wygranych wyścigów. Jednak cyrk z Markiem „Dupolizem” Marquezem był zwyczajnie niepotrzebny. I tak po raz pierwszy chyba (odkąd pamiętam) mistrz został wygwizdany przez kibiców.

A co z samą karą dla Rossiego? Według mnie, fana sportów motorowych, przesunięcie Valentino na koniec stawki miało znaczący wpływ na przebieg wyścigu a co za tym idzie rozstrzygnięcie mistrzostwa. Mówię to świadomie, nawet mimo słabszych czasów jakie wykręcał Włoch. Co zatem trzeba było zrobić? Dać im walczyć na torze, z równymi szansami i równym dorobkiem punktowym. Oczywistym jednak było, że tak się nie stanie. Taki sport.

Śmieszą mnie (i zapewne większość bezstronnych komentatorów) komentarze, mówiące o tym, jak inni kierowcy przepuszczali Włocha, by ten szybciej dojechał. No bez jaj. Może Iannone też specjalnie wypadł z toru? A nóż czerwona flaga i większa szansa dla Rossiego. Jego jazdę chyba najlepiej podsumował jeden z komentatorów Polsatu mówiąc, że niektórzy nie zdążyli puścić sprzęgła na starcie a Doctor był już przed nimi.

Tak czy owak szkoda tego co nam zaserwowano w niedzielę. Szkoda bo w czołówce walczył tak naprawdę tylko Pedrosa i do niego pretensji mieć nie można. Marquez? No cóż. Jeśli faktycznie Rossi go kopnął w Malezji to dobrze się stało. Może trochę się chłopaczek uspokoi i w końcu zauważy, że nie jest pępkiem świata. Jorge Lorenzo wypada oczywiście pogratulować a Rossiemu powiedzieć, że to przecież nie koniec jego kariery i za rok będzie mógł się na Hiszpanach odegrać i zgarnąć upragniony 10 tytuł.