Motocyklem nad Mondsee (Austria)

Do Austrii na motorze? Czemu nie! Tyłek jeszcze przed wyjazdem cieszy się na równe drogi a i oko na piękne krajobrazy po drodze – obszerna relacja z majowego wypadu nad jezioro księżycowe.

Plan:

Dzień 1

  • Wyjazd o godzinie 6.00
  • 3 przerwy w trakcie jazdy
  • Przyjazd o godzinie 15.00
  • Zakwaterowanie
  • Zwiedzanie okolicy
  • Kolacja

Dzień 2

  • Śniadanie
  • Wizja lokalna
  • Przejazd nad Mondsee
  • Zwiedzanie miasteczka i atrakcji wokół jeziora
  • Okrążenie jeziora motocyklem
  • Zakupy
  • Powrót do hotelu
  • Spacer
  • Kolacja

Dzień 3

  • Śniadanie
  • Rozliczenie
  • Wyjazd o godzinie 10.00
  • Przejazd nad Attersee
  • Powrót do domu

 

Kosztorys:

  • Jedzenie kupione w PL – 30,00 PLN
  • Paliwo PL – 150 zł
  • Paliwo A – 50 €
  • Winiety PL – 20,00 PLN
  • Winiety A  – 5,00€
  • Nocleg – 120,00 € (dla dwóch osób)
  • Kieszonkowe – 100,00 €

 

Na początek mała prezestroga – dobrym pomysłem nigdy nie będzie przejechanie ponad 700 km na motocyklu w jeden dzień. No nie ma bata. Koniec kropka ale o tym później.

Dzień 1:

Zgodnie z powyższym planem organizacyjnie wszystko było dopięte na ostatni guzik. W sumie co tu planować, przecież to wypad na zaledwie trzy dni – pomyślą niektórzy ale dobry plan nigdy nie jest zły. Tylko trzeba się do niego stosować…

Więc od początku. Z niepokojem spoglądaliśmy na prognozy pogody w dni poprzedzające wyjazd. Pogoda zapowiadała się iście barowa – chmury, deszcz, ulewa, mgła. Jednak zgodnie z powiedzeniem „nie ma nieodpowiedniej pogody, jest nieodpowiedni strój” – odpowiednio (jak nam się wtedy wydawało), ubrani wystartowaliśmy z półgodzinnym opóźnieniem. Nie zwalając winy na Pat – tak jakoś wyszło.

W trasę ruszyliśmy równo z wschodem słońca. Jego promyki mozolnie przebijały się przez powoli uciekającą ciemność. Nim dojechaliśmy do Katowic było już widno i w miarę ciepło – deszczu na horyzoncie (na szczęście) brak. Co to za wyprawa bez przygód? Nie obyło się bez nich i tym razem. Ledwo wjechaliśmy na A1-kę a okazało się, że nie zamknąłem jednej z sakw i ta leniwie telepała sobie przez 100 km nim to zauważyliśmy. Cud, że nic nie wypadło – tak byliśmy zapakowani (na 3 dni – Sic!). Po krótkim postoju na pasie awaryjnym pomknęliśmy w stronę Czech.

Mając około 200 km za pasem, zrobiliśmy pierwszy postój. Niestety telewizja jednak nie kłamie a prognozy się sprawdziły – im dalej „w las” tym bardziej ciemno, zimno i mokro. W okolicach Olomouca jechaliśmy w mżawce by w Brnie liczyć ogromne krople ulewnego deszczu. Im bliżej byliśmy austriackiej granicy tym robiło się jaśniej. Nadzieja na udany a zwłaszcza słoneczny wypad (na krótko) powróciła.

Po kilkunastu kilometrach od granicy kolejny stop. Miny innych kierowców spoglądających na mnie, wykręcającego skarpetki – bezcenne. Cóż, nie przewidziałem, że mając nieprzemakalną kurtkę i spodnie potrzebuję także wodoszczelnych butów ale człowiek uczy się przecież przez całe życie.

Zjedli, wypili i pojechali. Jechali a jechali aż do St. Pölten. Mniej więcej do tego momentu – pusta droga, piękna pogoda i ciężka noga. Później mym oczom ukazała się pierwsza kropla na szybie, za chwilę druga, trzecia i kolejne. Po 10 minutach moje skarpetki znów przeżywały powódź porównywalną do tej z 97’ roku. Siłą rzeczy musiałem zwolnić i jazda dodatkowo się przeciągnęła. Chyba nie musze mówić, że podróżowanie w deszczu wymaga dodatkowej koncentracji i ostrożności. Od siebie dodałem jeszcze kurczowe trzymanie kierownicy przez co zdrętwiały mi ręce.

Przemierzając kolejne kilometry zapewne wyglądaliśmy z Pat jak tytułowi bohaterowie fimu „Głupi i głupszy” tyle, że nie poczułem sławnego „ciepełka” na plecach. Pat po prostu do mnie przymarzła. Z zimowego snu wyrwał ją dopiero mały poślizg w Vöcklabruck. Spojrzałem wtedy na nawigację i odetchnąłem z ulgą na myśl o ostatnich 30 kilometrach mokrego cierpienia.

W końcu jednak dojechaliśmy. Niezmordowani. 700 km w 12,5 godziny. Masakra. Z największym trudem Pat oderwała się ode mnie po czym oboje podnieśliśmy nasze zdrętwiałe tyłki i zadzwoniliśmy do drzwi pensjonatu Haidbauernhof. Otworzyło nam starsze małżeństwo. Właścicielka widząc nas – dwa mokre szczury, od razu zaznaczyła, że napaliła w piecu i zaprowadziła nas do apartamentu. Pat natychmiast opanowała łazienkę a ja? Cóż, zamiast grzać się pod prysznicem przygotowałem ciepły posiłek – czytaj gorący kubek i herbatę.

Tymczasem siedząc w kuchni i telepiąc się z zimna cały czas obserwowałem krople deszczu spływające leniwie po szybie. Pogoda w pierwszy dzień nie dopisała, zresztą byliśmy tak zmęczeni, że po kolacji (około godziny 19) padliśmy jak kawki i zasnęliśmy.

Dzień 2:

Drugi dzień rozpoczął się podobnie jak pierwszy się zakończył – deszczowo.  Słysząc stukanie deszczu o szybę stwierdziliśmy, że jednak nie wstajemy i pospaliśmy trochę dłużej. Mimo, że było stosunkowo zimno i lekko wiało, śniadanie zjedliśmy na balkonie. Jak urlop to urlop. Później zdjęliśmy ciuchy z kaloryferów i wyruszyliśmy by zobaczyć przesławne jezioro księżycowe (Mondsee).

Pogoda nam trochę odpuściła i mogliśmy się w pełni cieszyć lokalnym krajobrazem, równymi drogami i samą podróżą. Około godziny 11 dotarliśmy nad jezioro po drodze mijając jeszcze Irrsee. Szybko znaleźliśmy parking i żwawym krokiem udaliśmy się w stronę wody. Usiedliśmy na ławce. Cudny widok. Przez ciężkie chmury raz po raz wychodziło słońce co niewątpliwie dodawało kolorytu temu miejscu. Jezioro otoczone górami. Zaiste magiczny zakątek Austrii.

Obeszliśmy brzeg jeziora i przylegający do niego park. Pat goniła z aparatem pływające tuż przy barierkach kaczki i kormorany lecz ostatecznie nie udało jej się zrobić z nimi zdjęcia. Pewnie dlatego, że nie miała ich czym przekupić. W parku ciekawe znalezisko – furtka i brama obwieszona znanymi z polskich mostów kłódkami. Szczególnie jedna a w zasadzie trzy połączone w jedną rzuciły nam się w oczy – imiona rodziców i dwójki dzieci. „Jakie to słodkie” – stwierdziła Pat i cyknęła fotę. W parku zobaczyliśmy również zabytkową łódkę wyrzeźbioną z pnia drzewa oraz pradawne naczynia wyłowione z wody. Tablic informacyjnych nie chciało nam się już czytać…

Po spacerze – mały głód. Udaliśmy się więc w stronę centrum w poszukiwaniu pożywienia. Wąskie uliczki, stare budownictwo a w środku miasta pałac przerobiony na hotel. Ceny zapewne z kosmosu więc ograniczyliśmy się do zrobienia kilku fotek po czym udaliśmy się do katedry. Centrum przeszliśmy wzdłuż i wszerz po czym zadecydowaliśmy, że…zjemy nad jeziorem. Ciągnąc za sobą jęzory wróciliśmy więc nad wodę i weszliśmy do restauracji.

Zamówiliśmy oczywiście po hamburgerze do którego podano frytki. Sympatyczna kelnerka zaproponowała nam na deser knedle na słodko. Oczka Pat natychmiast się zaświeciły. Białe kulki oblane kompotem z śliwek – pyszne i syte. Nie potrafiliśmy zmieścić tego co nam podano. Ostatecznie Pat popuściła paska twierdząc, że nie może się zmarnować i zjadła ostatnią kulkę.

Potem spacerek i ławeczka. Obserwowaliśmy nurkujące kaczki i zasuwające po wodzie kormorany. Po krótkim odpoczynku wsiedliśmy na Gwiazdę i ruszyliśmy. Droga wokół jeziora była oczywiście wąska i kręta ale niezwykle malownicza. Tylko żałować, że nie mieliśmy ze sobą kamerki. Zaliczyliśmy przejazd przez tunel, miejscowość St. Lorenz. Później były zakupy w Hofferze (odpowiednik Lidla) i tankowanie. Do hotelu nieświadomi tego co miało się wydarzyć przywieźliśmy sobie po piwku na lepsze trawienie i spanie.

Gdy odstawiliśmy motor znów na niebie pojawiły się chmury. Właściciel hotelu widząc nas tylko się uśmiechnął, wskazał w górę i wzruszył ramionami. Udaliśmy się do pokoju, rzuciliśmy toboły i chcąc wykorzystać resztki pięknej aury zeszliśmy na dół chcąc pozwiedzać okolicę. W holu spotkaliśmy właścicielkę, która zapytała gdzie byliśmy i co widzieliśmy. Później zaproponowała kilka miejsc wartych odwiedzenia.

Wybierając nocleg, na stronie wyczytałem, że właściciele produkują również nalewki. Nie mogłem więc o nie, nie zapytać. Pani Schnellberger uśmiechnęła się pod nosem, zaprowadziła nas do jadalni i przyniosła flaszki. Skosztowaliśmy bimbru z gruszek i bzu. Później przyszedł jej mąż i polał jarzębiaku. Co ciekawe, litr soku z jarzębiny z którego produkowany jest ów bimber kosztuje w Austrii bagatela 80 euro. Nie zmienia to jednak faktu, że smakuje jak wywar z starego klapka. Przy kieliszku porozmawialiśmy z naszymi gospodarzami, poopowiadaliśmy jak jest u nas, oni poopowiadali jak się żyje u nich. Bardzo sympatyczni ludzie. Na pożegnanie zamówiliśmy po flaszce bo pamiątki trzeba przecież przywieźć.

Po degustacji udaliśmy się chwiejnym krokiem na spacer po czym wróciliśmy by zjeść kolację, spakować się i przygotować do drogi powrotnej.

Dzień 3:

Niedzielny poranek znów przywitał nas deszczem. Po spakowaniu i posprzątaniu naszych pokoi, zaczęliśmy główkować jak obejść problem mokrych skarpetek. Wpadliśmy na genialny pomysł – para skarpetek, reklamówki i druga para skarpetek na to. Potrójna ochrona – f*ck yeah! Zapakowaliśmy nasze graty do sakw, pożegnaliśmy właścicieli i wyruszyliśmy.

Niestety z uwagi na pogodę Attersee zobaczyliśmy tylko z siedzenia motocykla ale zdecydowanie było warto. Postanowiliśmy, że jak tylko będzie możliwość to znów zawitamy do tej pięknej krainy jezior. Westchnęliśmy i pojechaliśmy dalej. Po przejechaniu około 100 km uciekliśmy od deszczu i stopniowo zaczęło się przejaśniać. Droga mijała nam szybko a kolejne kilometry ubywały w zawrotnym tempie.

Podczas jednego z postojów zaczepił nas pewien staruszek, który z zainteresowaniem wypytywał się skąd jesteśmy i dokąd podróżujemy po czym powiedział, że bardzo się cieszy, że w krajach byłego bloku wschodniego sytuacja życiowa ludzi poprawiła się na tyle, że może z nami porozmawiać. Na koniec pochwalił się, że wraca z Kolonii gdzie był zaproszony jako widz do niemieckiej edycji Let’s Dance w której to tańczył jego syn Matthias Steiner. Było nam trochę głupio, że nie wiedzieliśmy kim jest złoty medalista z igrzysk w Pekinie oraz wicemistrz świata w podnoszeniu ciężarów, ale cóż. Nie można wiedzieć wszystkiego.

Po wypiciu kawki i zjedzeniu batoników, wgramoliliśmy się na motór i ruszyliśmy dalej. Był piękny słoneczny dzień. Nie za ciepło, nie za zimno. Idealne warunki do jazdy.

Niestety idylla szybko została brutalnie zmieciona przez życie. Od granicy austriacko-czeskiej wlekliśmy się w korku. Dopiero po kilkunastu kilometrach żółwiej jazdy ruch znów był płynniejszy. Jak na koniec długiego weekendu na drogach było nader spokojnie. Szybko przemknęliśmy przez Czechy i z utęsknieniem oczekiwaliśmy tablicy z napisem Polska by zatankować za złotówki a nie euro gdyż zapomnieliśmy zabrać czeskich koron.

Co ciekawe po przekroczeniu granicy czesko-polskiej musieliśmy przejechać spory kawał aż do pierwszej (czynnej) stacji benzynowej, choć wydawać by się mogło, że ta powinna być tuż przy granicy…

Gdy już do niej dotarliśmy szybko zatankowałem i udałem się w stronę budynku by uiścić „daninę”. Jakaś autostopowiczka spojrzała na mnie, na moje wory pod oczami i zmęczone ryjek i praktycznie parsknęła mi śmiechem w twarz. Jednak po 9 godzinach podróży miałem prawo już źle wyglądać a przecież jeszcze trochę kilometrów było przed nami…

Do domu wróciliśmy w sumie po 10,5 godzinach jazdy. Bylibyśmy szybciej gdyby nie korek na bramkach. Pocieszaliśmy się jednak myślą, że stoimy w krótszej kolejce niż ci z naprzeciwka. Ostatnie kilometry podróży to już czysta frajda i uciecha, że człowiek w końcu jedzie w sobie znanych stronach.

Powróciwszy do naszej hacjendy odstawiliśmy ubrudzony z góry do dołu motór. Spojrzeliśmy na siebie wymownie i w tej samej chwili powiedzieliśmy: „Nigdy więcej 700 km w jeden dzień”. Ale jak to mówią „już od tego razu, do następnego razu, już ani razu” – tak też pewnie będzie i z nami.