Legendy nie zawiodły – koncert AC/DC w Warszawie

Angus i spółka po raz kolejny udowodnili, że mimo upływu lat nadal są w formie i nadal ciągną za sobą tłumy. Jak było na koncercie? Jak zwykle, subiektywna relacja.

Koncert AC/DC w Polsce niewątpliwie można nazwać świętem rocka. Trudno było więc przepuścić okazję i nie zobaczyć żywych legend na własne oczy. Zebraliśmy się w 5-tkę i wyruszyliśmy w sobotnie przedpołudnie na podbój W-wy.

Już podczas jazdy raz po raz mijaliśmy samochody przyozdobione flagami oraz fanów kręcących się na przydrożnych stacjach i ubranych w koszulki. Przed samą stolicą postanowiliśmy coś zjeść więc zjechaliśmy oczywiście do Mc’a by spałaszować burgery i wzmocnić się przed koncertem. „Hamburgergownię” opanowali oczywiście fani AC/DC a wśród nich członkowie zespołu…Oberschlesien. Charakterystyczny Hummer nie postał na parkingu długo – zaledwie po kilku minutach i kilku zdjęciach z fanami odjechał w dalszą podróż.

Nasza ekipa po jakże „pożywnym i zdrowym obiadku” ruszyła dalej. W końcu po kilkugodzinnej podróży dotarliśmy na miejsce. Jeśli chodzi o pogodę – nie było taryfy ulgowej. Upał, upał i jeszcze raz upał. Odetchnęliśmy na chwilę jadąc metrem ale to by było na tyle. Później  jeszcze w pełnym słońcu przyszło nam czekać przed bramami stadionu (jako fani musieliśmy być oczywiście stosunkowo wcześnie).

Ostatecznie nie było jednak tak źle i tuż po godzinie 17 już byliśmy w środku. Szybko wdrapaliśmy się na trybunę unikając pokus w postaci kupna pamiątek w promocyjnie zawyżonych cenach (np. czapka za 100 zł czy prosta flaga za 80 zł). Ledwie zdążyliśmy cyknąć parę fotek i zająć miejsce w sektorze a rozległ się grzmot. Ku uciesze zgromadzonych na jednym się nie skończyło, a każdy kolejny piorun, który uderzał w okolicy stadionu był powodem do wzniesienia okrzyku wiwatu.

Jak się później dowiedziałem podczas ulewy jaka przeszła nad miastem, z dachu znów lała się woda na schody (pozdro dla ekipy zarządzającej stadionem). My na trybunach odczuliśmy zaledwie lekką bryzę i podmuch zimnego wiatru. Dach oczywiście był zamknięty.

www.dziennikimotocyklowe.net
www.dziennikimotocyklowe.net

Przeglądając dzisiaj portale nie trudno zauważyć, że w relacjach mało miejsca poświęcono supportowi. Moim skromnym zdaniem chłopaki z Vintage Trouble zasłużyli na spore słowa uznania. Muzyka bardzo przypadła mi do gustu a wokalista, którego żartobliwie nazwaliśmy „Bamboleo” miał świetny kontakt z publicznością, która pod koniec występu dosłownie nosiła go na rękach. Chciało by się rzec – szkoda, że grali tak krótko. Zasłużyli na bis, który nie był im dany.

Przed godziną 21 na trybunach panowała już świetna atmosfera a górne kondygnację obiektu rozpoczęły meksykańską falę. Nie minęło kilka minut a w zabawie uczestniczył już cały stadion. Najwyraźniej nie trzeba zespołu by ludzie się świetnie bawili. Chwilę później oczekiwanie na gwiazdy wieczoru dobiegło końca i na scenie pojawili się Angus, Brian, Chris oraz Stevie i Cliff, którzy tytułową piosenką swojego najnowszego albumu rozpoczęli niesamowite show.

Światła, pirotechnika – najwyższy poziom. Dźwięk? Słabo. Podczas koncertu momentami w ogóle nie było słychać Johnsona a czasem za bardzo eksponowano gitarę Angusa Younga (nie żebym narzekał).

Już od pierwszej piosenki stadion oszalał. O ile przy „Rock or bust” było w miarę spokojnie tak przy „Back in black” trybuny tańczyły a płyta skakała. Prawdziwa ekstaza rozpoczęła się jednak w momencie gdy zabił dzwon. Piekielny dzwon. Miałem dosłownie gęsią skórkę! Cały stadion żył i śpiewał wraz z wokalistą. Co ciekawe starsi panowie grali przede wszystkim swoje najbardziej znane piosenki a nową płytę promowali zaledwie dwoma utworami z krążka (więcej się nie doliczyłem).

Prócz „Hell’s Bell’s” nie zabrakło oczywiście „Thunderstruck” ale i „You Shook Me All Night Long” podczas, którego fanki mogły zaprezentować swoje wdzięki (czyt. cycki). W międzyczasie Angus sukcesywnie pozbywał się poszczególnych części swojej garderoby. Niestety zabrakło słynnego striptizu wykonywanego przy dziękach piosenki „The Jack”.

Było za to solo czyli coś za co Angusa kochamy. Gdy zabrzmiało „Let There Be Rock” aparaty i kamerki powędrowały w górę a fani zgromadzeni pod sceną głośno skandowali imię gitarzysty. Blisko 20-minutowa solówka przemknęła mi praktycznie na bezdechu. Muzyczny kunszt najwyższych lotów. Trudno to opisać – to po prostu trzeba przeżyć.

Później było już tylko słynne „Highway to Hell” (filmik poniżej) a piosenkę wraz z Johnsonem śpiewały tysiące fanów. Coś niesamowitego. Gdy tylko światła oświetliły stadion można było zobaczyć gołym okiem ilu ludzi bawi się płycie i na trybunach. Z ręką na sercu mogę więc potwierdzić, że faktycznie sprzedano wszystkie bilety.

 

Muzyczny spektakl Australijczycy zakończyli piosenką „For Those About To Rock”, wystrzałami z armat i małym pokazem pirotechnicznym. Fani salutowali wraz z muzykami, jeszcze długo wykrzykując nazwę zespołu po tym jak ten zakończył swój występ.

Żałuję jednej rzeczy. Wszystko odbywało się bowiem jakby w potwornym biegu. Muzycy nie „rozmawiali” z publicznością i ograniczyli się po prostu do przerw między piosenkami. Nie było nawet pożegnania, takiego z prawdziwego zdarzenia. Szkoda bo każdy kto wydał pieniądze na bilet, przyszedł, śpiewał i bawił się – na takowe zasłużył.

Mimo wszystko sam koncert na długo a być może na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Niewątpliwie jest co wspominać. Mam nadzieję, że nie był to ostatni występ AC/DC w Polsce i jeszcze przynajmniej raz fani usłyszą charakterystyczne brzmienie gitary Angusa Younga i to rockowe „pierd***ięcie”.