Kolorowe jeziorka czyli gdy w powietrzu unosi się zapach parówek

Jednodniowa wycieczka po Dolnośląskim zaliczona. Czy warto pojechać zobaczyć stawek w kolorze kupy? I o co chodzi z tym zielonym jeziorkiem?

W poprzednim wpisie rozwodziłem się nad jednodniową trasą, której główną atrakcją miały być Kolorowe Jeziorka. Dodatkowo chcieliśmy wraz z Pat zobaczyć jeszcze zamek Grodno, jednak ostatecznie z tego zrezygnowaliśmy, gdyż ze względu na mały czas czasu, zabrakło nam czasu.

Zdecydowaliśmy, że tym razem nie pójdziemy na łatwiznę i szerokim łukiem będziemy omijać polski „highway to hell” czyli autostradę A4. O ile w opolskim drogę w dużej mierze można było określić tak po japońsku czyli „jako tako” to w śląskim pod tym względem było znacznie gorzej. Może nie dramatycznie ale dupcie odczuły tych „parę odcinków specjalnych”. Nie będę jednak narzekać, może po prostu wybrałem ch***wą drogę.

A więc pobrykaliśmy trochę po zadupiach. No i fajnie – jak to mówią w jednej z reklam. Do jeziorek dojechaliśmy bez większych problemów. Na miejscu parkingowi kierowali nas na samą górę czyli na parking nr 1, gdzie było miejsce wydzielone dla motocyklistów. Parking kosztował nas 5 złociszy – czyli bez jakiegoś wielkiego dramatu. Dodatkowo można tam zostawić swoje graty w przyczepie, która stoi tuż obok i jest do tego przeznaczona. Ale uwaga – chyba nikt tego nie pilnuje, więc wszystko na własną odpowiedzialność.

Przejdźmy jednak do meritum sprawy, czyli tych przesławnych jeziorek. Otóż po pierwsze primo – nie polecam chodzenia tam w butach motocyklowych. Byłem, przeżyłem, nie należy to do przyjemności. Wiem co mówię. Po drugie też primo – je**e parówkami. Niestety potwierdziły się informacje znalezione w necie. Zapach smażonych parówek unosi się wokół trzech pierwszych jeziorek.

Żółty Stawek
Żółty Stawek

Od parkingu do żółtego stawku, który wyglądał bądźmy szczerzy jakby wylano do niego szambo, jest około 50 metrów. Tuż obok niego znajduje się drugie jeziorko – niby (z nazwy) purpurowe, ale dla mnie w kolorze kupy. Zresztą looknijcie sobie na fotki. Tuż obok znajduje się źródło wspomnianego zapachu parówek – budka z jedzeniem. Żarło można więc sobie kupić na miejscu.

Purpurowe Jeziorko
Purpurowe Jeziorko

Dalej idziemy już 600 metrów do błękitnego jeziorka. Tutaj panowała zaiste piknikowa atmosfera. Ludzie chillowali z piwkiem, palili szlugi, opalali się, dzieci darły ryja a para nowożeńców robiła sesję ślubną. Pełen pakiet doznań w jednym miejscu. Aczkolwiek! Z wszystkich stawków, które obejrzeliśmy tego dnia – ten był zdecydowanie najładniejszy. Jednak cały obraz psuł ten tłum, który nie pozwalał się cieszyć widokiem. Dlatego jeśli mogę coś zasugerować – nie odwiedzajcie tego miejsca w godzinach turystycznego szczytu.  Tuż obok błękitnego jeziorka znajdują się sztolnie a raczej wejście do nich, które wita przyjaznym „wstęp wzbroniony”. Jest to ledwie 20 metrów do przejścia, można się więc kopsnąć – jednak kto spodziewa się jakichś rewelacji ten zostanie srodze rozczarowany. Ot dziura, do której można wejść. Tyle.

Błękitne Jeziorko
Błękitne Jeziorko

Żeby dojść do kolejnego, Zielonego Jeziorka trzeba przejść już kilometr tylko po to, żeby się porządnie wkur**ć. Okazuje się bowiem, że jeziorko można zobaczyć tylko na wiosnę bo w pozostałych okresach stawek najzwyczajniej w świecie wysycha. Szkoda tylko, że o tym nie doczytałem. Za to Pat się wycwaniła stwierdziła, że ma to w dupie i w połowie drogi do zielonego postanowiła odpocząć. Ja miałem pójść i pocykać fotki. No i tak zrobiłem. Tyle, że zamiast jeziorka była na nich… dziura.

Zielone Jeziorko
Zielone Jeziorko

Od zielonego do Wielkiej Kopy trzeba przejść kolejny kilometr. W drodze do zapytałem schodzących turystów, czy w ogóle opłaca się tam wchodzić. Usłyszałem, że „w sumie to nie, więcej chaszczy niż widoków”. W połączeniu z suchym stawkiem zdemotywowało mnie to na tyle, że zawróciłem i nie zweryfikowałem tej informacji. Wróciłem więc do Pat, pokazałem fotki. Moja druga połówka mnie wyśmiała i zeszliśmy z powrotem do parkingu. W sumie, bez Wielkiej Kopy cała wędrówka zajęła nam około 2,5 godzin.

Z powrotem pojechaliśmy już inną drogą – w kierunku Dzierżoniowa, Ząbkowic Śląskich a potem na Nysę i Opole. Nie obyło się bez przygód. W Ząbkowicach na drogę wyskoczyły dwa koty-kamikadze. Jeden przemknął przede mną a drugi się zatrzymał czekając chyba aż rozwalcuję mu futerko. Na szczęście w porę nacisnąłem na hamulec. W nagrodę dotałem jeszcze „dzięciołka” od Pat no i ruszyliśmy dalej.

Nie minęło kilka minut a jakiś idiota w puszcze jadący z naprzeciwka postanowił na moście i na zakręcie wyprzedzić skuterek. Pech chciał, że my jechaliśmy drugim pasem. Na szczęście minęliśmy się na centymetry i na strachu się skończyło.

Dalej droga przebiegała już w miarę spokojnie. Zrobiliśmy krótki stop tradycyjnie na hot-doga i tym razem w promieniach zachodzącego słońca dotarliśmy do domu. Budżet wycieczki nie został przekroczony, gdyż ponieważ zaliczyliśmy jedną atrakcję, gdzie płaciliśmy tylko za parking. Gdyby jednak wyjechać wcześniej, można by po drodze spokojnie zaliczyć zamek Bolków oraz zamek w Kamieńcu Ząbkowickim. Nam pozostaje to odłożyć na kolejny raz.