Jak kupić moto by nie żałować

Gdy liście powoli przybierają złocistą barwę i leniwie zaczynają spadać z drzew, to znak, że sezon motocyklowy zmierza ku końcowi. Podczas gdy jednych ogarnia biała gorączka na samą myśl o zimie inni przeszukują portale aukcyjne w poszukiwaniu motocyklowych perełek. Na co zwracać uwagę i czego się wystrzegać przy kupnie?

Od razu na zaznaczam, daleko mi do eksperta bo motorów nie kupuję na potęgę. Mam jednak w tej dziedzinie pewne doświadczenie a że pora sprzyja kupowaniu to czemu by się nim nie podzielić?

Zacząć należy od sprawy elementarnej czyli jaki motocykl nas interesuje. Marka, pojemność, osiągi, waga a nawet wysokość czy długość to tylko wierzchołek góry lodowej. Motocykl musi być dopasowany do osoby. „Świeżakom” nie polecam więc kupowania maszyn o ogromnej pojemności. Czemu? Jazda bez doświadczenia w połączeniu z młodzieńczą fantazją oraz kulturą polskich kierowców to w najlepszym razie wypadek a w najgorszym kalectwo lub śmierć. Lepiej zacząć od czegoś małego, doszlifować technikę jazdy i trochę okrzepnąć.

Druga sprawa a raczej oczywisty fakt. Nikt nas nie goni z kupnem, sezon się kończy a ofert będzie przybywać. Warto o tym pamiętać i działać rozważnie, nie podpalać się niepotrzebnie no bo i po co. Zanim zacznie się przeglądanie ofert warto również poczytać opinie i testy wytypowanych przez siebie motocykli. Przykładowo: osoby wysokie powinny sprawdzić czy innym motórzystom na danym motocyklu jeździ się wygodnie a wątłe amazonki czy będą w stanie podnieść moto z podnóżek. Jest to ważne, szczególnie gdy nie daj Boże maszyna by się wywróciła czy coś.

Przeglądając oferty nie ma sensu patrzeć na maszyny, dla których trzeba przejechać pół kraju żeby je zobaczyć. Po co robić sobie dodatkowe koszty. Lepiej obejrzeć kilka motocykli więcej w okolicy i mieć porównanie. Jeśli już moto mamy upatrzone, należy koniecznie zabrać ze sobą kolegę najlepiej znawcę, mechanika któremu niekoniecznie zależy na tym, czy motor zostanie kupiony czy nie. Dlaczego? Jeśli się już nakręcimy to łatwo pominąć takie szczegóły jak opony do wymiany czy luźny łańcuch. Dodatkowa osoba na pewno pomoże wychwycić mankamenty. Warto również sprawdzić internety szukając wzmianek o maszynie. Wujek Google potrafi zaskoczyć, wierzcie mi.

Ważną sprawą są również dokumenty. Chyba nie muszę pisać, że motocykla bez papierów to można sobie kupić ale po to by nim jeździć po podwórku albo po polnych drogach. O ile będzie jeździć… Nie polecam kupowania również w ciemno czy na odległość. W taki sposób można sobie zamówić jakieś akcesoria ale nie maszynę za kilka albo kilkanaście patoli.

Stan techniczny – nigdy nie można ufać bezgranicznie sprzedawcy. Nigdy i już. Jeśli jest taka możliwość warto wydać parę złotych, podjechać motorem do serwisu i być pewnym, że nikt nie próbuje nam wcisnąć bubla. Oczywiście warsztat czy serwis najlepiej wybrać samemu. W polecanych przez sprzedającego mogą przecież pracować znajomi, którzy na to i owo przymkną oko.

Samemu można sprawdzić numery na ramie i tabliczkę znamionową – to na początek. Podczas jazdy próbnej – jak motocykl się prowadzi, czy silnik chodzi równo, czy rama nie jest skrzywiona a także jak działają biegi, sprzęgło, hamulce a nawet światła czy klakson. Warto sprawdzić podnóżki, kierownicę, gmole oraz tłumik w poszukiwaniu rys. Jeśli ktoś przytarł i źle zatarł ślady, właśnie tam je znajdziemy.

Na koniec, negocjowanie ceny. Warto się oczywiście zorientować, po ile maszyny stoją na rynku. Okazje mogą świadczyć o mankamentach, to samo dotyczy ofert które wiszą po kilka miesięcy. Jeśli mimo to jesteśmy zdecydowani, mamy pierwszy punkt zaczepienia. Z drugiej strony w całym gąszczu bubli i szrotu, który zalewa rynek możemy znaleźć perełkę. Tzw. „igła” jednak swoje kosztuje. W tym wypadku warto jednak się zastanowić, czy nie lepiej raz wydać więcej i nie tułać się po serwisach. Niestety w większości właściciele takich motocykli są na tyle świadomi ich wartości, że płaszczyzna do negocjacji jest raczej niewielka. Trzeba być gotowym, na dodatkowe wydatki. Nie ma sensu zaniżanie na umowie wartości pojazdu – czemu? W przypadku ewentualnego sporu sądowego mamy przejeb**e.

Słowem podsumowania – nie kupujmy jak frajerzy, bez sprawdzania, testowania. Bo frajerzy płacą i to płacą nie tylko za naprawy ale i swoją głupotę. Chłodna głowa, zdrowy rozsądek, dokładne oględziny i druga opinia doświadczonego i znającego się na rzeczy znajomego/kolegi – to podstawa. No i dokumenty, bez tego ani rusz.