Dlaczego chopper a nie ścigacz?

Wiele osób rozpoczynających swą przygodę z motocyklami zapewne zadaje sobie powyższe pytanie. Nie inaczej było ze mną. Wybrałem opcję numer 1. Dlaczego? Już śpieszę z moją (subiektywną) odpowiedzią.

Jak każdy młody, gniewny chłopak będąc nastolatkiem marzyłem o zawrotnych prędkościach, pochylaniu się na zakrętach niczym Valentino Rossi i o pięknym niebieskim Suzuki GSX-R. W międzyczasie wpierw dosiadałem Rometa by później przejąć po ojcu WSK-ę 175. Ach cóż to były za czasy. W moim czarnym rumaku nie świeciło światło a licznik cały czas wskazywał 120 km/h. Podczas nielegalnego jeżdżenia po polnych drogach i lasach nie brakowało przygód – to rozsypała się skrzynia biegów, to motocykl zgasł i nie odpalił. Myślę, że to wtedy, mimo, że nadal kręciła mnie wspomniana wcześniej prędkość, zadecydowałem o tym czym będę jeździć w przyszłości.

Duży wpływ na to, że obecnie przemierzam kolejne kilometry chopperem miał również mój ojciec, który od początku powtarzał, że motory są dla prawdziwych mężczyzn a plastiki (tak nazywał ścigacze) dla dzieci szukających śmierci albo Bóg jeden wie czego w życiu. Może miał rację, może nie. Faktem jednak jest, że po otrzymaniu prawa jazdy ostro zacząłem oszczędzać a za cel obrałem sobie Yamahę XVS 650 Drag Star.

Dlaczego właśnie Draga? To złożone pytanie. Uwielbiałem niski, głęboki dźwięk wydobywający się z tłumika to raz. Dwa – kręciły mnie skóry, ćwieki, groźny look i amerykańskie motocykle. Trzy – obejrzałem Easy Ridera i się zakochałem. No dobra może nie tak złożone to pytanie. W każdym razie Gwiazda wydała się logicznym zakupem.

Pamiętam jak dziś dzień w którym ją kupiłem. Był to początek września, sobota. Piękna pogoda. Pojechałem zobaczyć moto z ojcem, obejrzeliśmy. Przejechaliśmy się. Kupiliśmy. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

Jako że moja Yadzia była „goła” następne 12 miesięcy poświęciłem na ubieranie mojego dziecka i szlifowanie techniki jazdy. Nie wchodząc w szczegóły – uwielbiałem (i uwielbiam po dziś dzień) jechać przez miasto, wrzucić wyższy bieg i strzelić kilka razy rurą tak by wszyscy widzieli, podziwiali i słyszeli.

Właśnie te trzy słowa zdyskwalifikowały u mnie ścigacza. Miałem okazję pojeździć na „plastiku” lecz jazda mnie nie cieszyła, nie czułem frajdy jakby czegoś brakowało. Była prędkość i na tym koniec. Nie potrafiłem sobie wyobrazić mnie zakładającego kombinezon i leżącego na motocyklu. To nie dla mnie – pomyślałem.

I dobrze się stało. Dziś z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że po pierwsze w Polsce nie ma gdzie jeździć ścigaczem. Po prostu nie ma. Dziury, ograniczenia – sorry Winnetou, żeby legalnie przetestować możliwości maszyny trzeba wybrać się na tor. Z drugiej strony wygoda, spokojna jazda, podziwianie przydrożnych krajobrazów, odbijające się w chromach pojazdy jadące z naprzeciwka. Coś wspaniałego. Podróże motocyklem a raczej chopperem mają swój niepowtarzalny urok. Coś czego nigdy nie przeżyjesz jadąc samochodem czy ścigaczem.

Wszystko to zamyka się w słynnym motcie „Live to ride, ride to live” – nic dodać nic ująć. Niby błaha sentencja ale jednak. Po dziś dzień, mimo upływających kolejnych sezonów niewiele rzeczy cieszy mnie tak bardzo jak jazda moją już drugą Gwiazdą (Midnight Star – przyp.red.) czy kupno i montaż jakiegoś nowego bajeru. Motocykl to dla mnie odskocznia od szarej rzeczywistości, sposób na relaks ale i sposób życia.

Każda teza musi być poparta przykładem a oto i mój:

Szwagier znajomego który odkupił mojego Draga. Wielki fan ścigaczy, sam jeździł na CBR-ce a później na turystyku. Przyjechał na kilka dni, w odwiedziny – jak się później dowiedziałem. Tak się złożyło, że akurat dzień w dzień lał deszcz i gdy już miał odjeżdżać znajomy wyciągnął Draga z garażu. Odpalił. Zabrzmiał dźwięk Silvertaili i szwagrowi włos zjeżył się na rękach. Chwilę później już siedział w kasku i kurtce. Kilka kilometrów w słoneczny dzień przy pustej drodze w zupełności wystarczyło. Szwagier znajomego wcześniej twierdził, że choppery są dla dziadków i niedzielnych kierowców a niespełna dwa tygodnie później na jego placu stał Suzuki Volusia. Niemiec ponoć płakał jak sprzedawał i po dziś dzień dzwoni, że odkupi. Najgorzej przyjęła to jego żona, która całą sytuację podsumowała słowami: „Po ch*j żeś ten motor wyciągał.” Dziś i ona nie wyobraża sobie by jeździć czym innym niż chopperem.

Jeśli tekst Cię nie przekonał, przekona Cię pierwsza dłuższa trasa. Gwarantuję.