„Czeski film” czyli jak wybraliśmy się zwiedzać zamek w Bouzov (Czechy)

Miało być szybko, łatwo i przyjemnie a jak było? Kompletnie odwrotnie! Kolejny przykład na to, że nigdy nie można do końca ufać nawigacji…

Po ciężkim tygodniu w pracy, okupionym nadgodzinami a w konsekwencji przeziębieniem mimo przeciwności losu postanowiłem w weekend się wyluzować i zabrać Pat jak na prawdziwego rycerza przystało, na prawdziwy zamek. Wybór padł na bajkowy zamek w czeskiej miejscowości Bouzov, położonej nieopodal Ołomuńca (czes. Olomouc). Podczas planowania wszystko przemawiało za tym, by pojechać. Względne ceny biletów wstępu, średnio daleka odległość i przede wszystkim pogoda – szykował się piękny, słoneczny i przede wszystkim upalny czerwcowy dzień.

Zapakowaliśmy więc z Pat do sakw dużo wody, krakersy oraz gofry na zagrychę. W nawigację wklepałem adres i wybrałem trasę krótką czyli mniej więcej odpowiadającą odległości zmierzonej wcześniej na komputerze. Oficjalnie trasę rozpoczęliśmy pod jednym z sklepów w Krapkowicach. Po drodze wymieniliśmy złotówki na korony i pomknęliśmy w stronę czeskiej granicy.

dziennikimotocyklowe.net
dziennikimotocyklowe.net

Przez Krnov przebrnęliśmy bez większych problemów i szybko mogliśmy się w pełni cieszyć przyjemnością z jazdy. Niestety sielanka nie trwała długo a pierwszą przeszkodą okazały się być roboty drogowe w Bruntalu. Niby udało się je ominąć (musiałem jechać na czuja bo nawigacja zwariowała) ale wtedy nasza „przygoda” dopiero się rozpoczęła. Początkowo jechaliśmy bocznymi drogami lecz trasa była bardzo malownicza więc cóż – idealnie. Trochę lasem, trochę po górach – zieleń, widoki – czegóż więcej chcieć! Nawigacja kierowała nas w stronę miejscowości Rymarov i krótko przed nią dziwnie odbiliśmy, później się zawiesiła i nie wiadomo jakim cudem znaleźliśmy się w Komarovie.

Wyczuwając niebezpieczeństwo sprawdziłem na (papierowej) mapie w jaką stronę mniej więcej musimy się kierować i zawróciliśmy. Będąc już na właściwej drodze natrafiliśmy na kolejną przeszkodę – znaki „ślepa uliczka” i „zakaz wjazdu”. Okrążyliśmy więc miejscowość Unicov i w końcu nie zważając na przepisy i jadąc za innymi przejechaliśmy przez kamienie, piach i ogromne wyrwy. Wydawać by się mogło, że to koniec przeklinania i będzie już tylko lepiej. Nic bardziej mylnego! Nawigacja miała swój własny plan na tę wycieczkę i tak pojechaliśmy zamiast w stronę miejscowości Slavetin a potem Kovarov w Ceveną Lhotę, Hrabi…masakra. Dziura na dziurze. 5 km przez Bouzov, znowu zakaz wjazdu. Dobrze, że kamerka była wyłączona bo nie chcielibyście usłyszeć tych wszystkich przekleństw.

W końcu jednak dojechaliśmy. Po morderczej, 4 godzinnej jeździe w końcu zaparkowaliśmy w centrum miasta, zapakowaliśmy manele do plecaka i ruszyliśmy piechotką na zamek. W parku przy nim odbywała się jakaś impreza a z oddali było widać ludzi jeżdżących konno i słychać czeską dechovkę. Sam zamek prezentował się faktycznie bardzo okazale. Ogromne spiczaste wieże górowały nad miastem. Przed zamkiem cała rzesza turystów i wesele, które jak później zobaczyliśmy odbywało się właśnie na zamku, w sali rycerskiej. Niestety z tych nerwów nie zabraliśmy z sobą baterii do kamerki i zdjęć z środka po prostu nie mamy… Niemniej jednak, podwórze, komnaty i widok z wieży warto zobaczyć. Swoistą atrakcją była też zabytkowa Skoda (widoczna na zdjęciu) zaparkowana przed bramą. Cudo.

dziennikimotocyklowe.net
dziennikimotocyklowe.net

Po krótkiej wycieczce spojrzeliśmy na zegarek i w niebo. Z uwagi na czające się chmurki stwierdziliśmy, że nie ma na co czekać i czym prędzej zeszliśmy w dół do motóra. Szybko ubraliśmy się, wklepałem adres tym razem wybierając trasę bezpieczną, gdzie z założenia mieliśmy podróżować głównymi drogami. Nie zważając na zakazy znów przemknęliśmy przez Unicov, pojechaliśmy w stronę Rymarova (świetna droga, malownicza trasa) i znów cieszyliśmy się płynną jazdą przy świetnych widokach. Dojechaliśmy do Bruntalu i… nawigacja znów nie ogarnęła sprawy. Zamiast prowadzić nas przez Krnov pojechaliśmy przez Stare Mesto, Andelską Horę, Karlovice aż do przejścia w Bartulovicach/Trzebinii. Po drodze zakręty, zakręty i jeszcze raz zakręty i raz w górę, raz w dół. Pat na koniec powiedziała mi, że przy 90 – stopniowych zakrętach czekała aż spadniemy z tej „cholernej góry”.

Po przejechaniu upragnionej granicy, kierowaliśmy się w stronę Prudnika, później Lubrzy przez Moszną i Strzeleczki do Krapkowic. Tam zatrzymaliśmy się na stacji by uczcić naszą „przygodę” hot-dogiem z Orlena. Po wyjściu na zewnątrz zaczął padać deszcz…

Koniec końców do domu przyjechaliśmy wieczorem, mokrzy i wkur***ni.