Austria: Tam gdzie dobrego wina nigdy za wiele

Jeszcze niedawno było to oznaczone pod #planowane a dziś już jako #przejechane. Jak było? Kolorowo. W niniejszej relacji będą mapki, opisy oraz będzie o Katy Perry a także o tym czym jest Stehachterl i dlaczego warto znać to słowo. No to jedziemy!

Trasa bez przygody? Nie z nami te numery! Przed wyjazdem na majówkę do Austrii wydawało się, że razem z Pat jesteśmy przygotowani jak nigdy. W zasadzie nic nie mogło nas zaskoczyć a jednak. Dzień przed planowanym startem… nadziałem się na gwoździa. Dobrze, że tylko lekko i podróż mogła się odbyć. Przyznam jednak, że mój wewnętrzny spokój został zakłócony na szczęście później już było z górki, dosłownie.

Dzień 1:


 

 

Zgodnie z mapką wybraliśmy trasę omijającą autostrady w Polsce i częściowo w Czechach. Czas przejazdu? Z 3 przerwami około 6 godzin spokojniutkim tempem. Ruch raczej umiarkowany, pogoda wymarzona, no może prócz czeskich gór gdzie trochę pizgało. Były też serpentynki za Bruntalem w Czechach a więc to co tygryski lubią najbardziej a ja nieszczególnie.

Po południu zameldowaliśmy się w Austrii. Kilka kilometrów przed miejscowością Retz włączyłem kamerkę i ruszyliśmy w stronę wiatraku na górce nieopodal miasta. Na wierzchu spotkaliśmy dziadka, który gapił się na nas jakby pierwszy raz widział motocyklistów. Gdy tylko usłyszał jak rozmawiamy po polsku wolnym krokiem poszedł w drugą stronę obserwując nas kątem oka. Obeszliśmy wiatrak, gdzie okazało się, że musimy czekać godzinę na kolejną rundę zwiedzania. Wraz z Pat poszliśmy więc zobaczyć co jeszcze kryje górka. Chwilę później naszym oczom ukazały się figury związane z ukrzyżowaniem Chrystusa a na samej górze, wzorem tych z Biblii trzy krzyże przedstawiające dwóch złoczyńców oraz Jezusa pośród nich. Znów wróciliśmy na parking, cyknęliśmy parę fotek, poświęciliśmy minutkę na podziwianie tego zapierającego w piersiach tchu widoku i ruszyliśmy dalej.

windmuhle

W Retz dał o sobie znać „żyd” a więc należało znaleźć stację benzynową, co jak się okazuje jest w tej dzielni nie lada wyczynem. Litr paliwa za 1.21 Euro trochę zabolał kieszeń no ale cóż. Trasa to trasa a moto też musi pić. Pat przeczytała na drzwiach stacji, że „tu nie płacimy gotówką” po czym blady strach na nas padł. Za kasą stała Czeszka o imieniu Andrea. Okazało się, że mogę jednak zapłacić gotówką. Kamień z serca. Chciałem kupić jeszcze przy okazji winietę i jakoś nie umieliśmy się dogadać, mimo, że dobrze śmigam po niemiecku. W końcu zapytała „Jesteś Czechem?” po czym odpowiedziałem „Nie, Polakiem” a ona na to „aaa to je jedno i tak mie rozumisz”. Uśmiechnąłem się, kupiłem winietę i ruszyliśmy w stronę miejscowości Straning, gdzie mieliśmy wykupiony nocleg.

W Straning zameldowaliśmy się około 15.30. Nie zastaliśmy właścicielki z którą korespondowałem a jej matkę, która wskazała nam na drzwi i kartkę z informacją dla nas. Tam napisano jedynie, że tu mamy klucz do pokoju i możemy się rozgościć. Przy okazji zrobiono ze mnie Włocha o imieniu Pietro. No ale cóż, polska język trudny język.

Rzuciliśmy toboły na łóżko i wyruszyliśmy się rozejrzeć a więc czytaj – w poszukiwaniu pożywienia. Straning okazało się jednak nie lada… zadupiem. Sklepu z jedzeniem – nie uświadczysz. Knajpa? Jedna. Czynna dwie godziny dziennie. Na szczęście akurat była otwarta. Gdy powiedzieliśmy właścicielowi, że chcielibyśmy coś zjeść uśmiechnął się pod nosem i odparł: O tej porze, to ciężko tu dostać coś do jedzenia. Była godzina 17. Po tym jak powiedziałem, że jesteśmy turystami i mieszkamy u Pani Krottendorfer ostatecznie zrobił nam dwa ogromne sznycle z górą sałatki. Do tego zaserwował piwo (Zwettler). Gdy my pałaszowaliśmy sobie nasze kotleciki, on stał za barem, popijał wino zagryzając je fajką i nucąc sobie wesoło piosenkę Katy Perry. Zabójczy obrazek. Za wszystko (z napiwkiem) zapłaciliśmy 25 euro, a więc nie dużo. Wróciliśmy do pokoju i wieczór spędziliśmy przy opróżnianiu butelki wina o dźwięcznej nazwie Krottendorfer Gewürztraminer.

Dzień 2:


 

Sobotni poranek przywitał nas promieniami słońca i domowym jedzeniem, które czekało na nas w jadalni. Dżemiki, szynki, kiełbasa – aż ślinka leci na samą myśl o tym suto zastawionym stole. Poznaliśmy też przesympatyczną właścicielkę, która akurat robiła w swojej roboczej kuchni kaszankę. Zgodnie z planem w sobotę mieliśmy na rozkładzie zwiedzanie opactwa w Melk oraz ruiny w Aggstein.

Do Melk jechaliśmy częściowo lokalnymi drogami a częściowo autostradą, gdzie ruch był już jednak wzmożony i było już odrobinę niebezpiecznie. Jednak wracając do jazdy od wioski do wioski – prawdziwy raj dla motocyklisty. Równiutki jak dywan asfalt, ograniczenie poza terenem zabudowanym do 100 km/h czyli tak akurat na chopper i do tego piękne widoki. Żałuję, że chciało mi się przystanąć i wyciągnąć kamerki bo było co oglądać.

Opactwo odnaleźliśmy bez problemu. Jednak uwaga, parking jest zarezerwowany tylko dla pracowników i zaopatrzenia. Przyłapią cię – czeka cię holowanie. Na szczęście nieopodal jest cmentarz, gdzie można zaparkować i to jeszcze za friko. Kurtki i odrobinę sprzętu można zostawić przed wejściem, po lewej stronie przy parkingu dla rowerów. Są tam szafki zamykane na klucz. Wiąże się to jednak z poświęceniem 1 Euro. Wstęp na teren klasztoru, bez zwiedzania z przewodnikiem to z kolei 13 Euro.

Opactwo w Melk
Opactwo w Melk

Co można zobaczyć w środku? Wszystko co związane z klasztorem oraz religią katolicką a więc relikwie, brewiarze, stare księgi czy monstrancje. Dużo opisów i historii związanych z tym miejscem. Jest też wspaniała biblioteka w której niestety nie można było robić zdjęć a szkoda. Myślałem, że takie miejsca istnieją tylko w filmach ale myliłem się. Coś wspaniałego, naprawdę. Na koniec jeszcze kościół, chociaż to raczej chyba katedra. Nie będę się tu rozpisywać bo i po co skoro jest foto.

Kościół w Melk
Kościół w Melk

Po tym jak obeszliśmy teren pojechaliśmy w stronę ruiny Aggstein. Po 20 kilometrach byliśmy na miejscu a raczej na parkingu. Okazało się, że trzeba wdrapać się na górę żeby zwiedzić ruinę  a my w pełnym umundurowaniu. Zostawić go nie było go gdzie a zakaz wjazdu dla motocykli również nie ułatwił sprawy. Stwierdziliśmy, że nie ma więc sensu się szarpać i pojechaliśmy w stronę Zwettl.

Jadąc przez okolice Wachau po raz drugi żałowałem, że kamerka została w plecaku. Wąskie uliczki, kręte drogi, po lewej Dunaj po prawej góry i winnice. Nic dodać nic ująć. Warto pojechać w te okolice dla samego widoku.

Po drodze do Zwettl skręciliśmy by zobaczyć ruinę zamku Lichtenfels. Niestety nie można poruszać się po niej, gdyż grozi zawaleniem więc ograniczyliśmy się tylko do dziedzińca i terenu wokół niej. W sumie jeśli chce się zejść na chwilę z motocykla, rozprostować nogi i pooglądać Dunaj – polecam jak najbardziej. W przeciwnym wypadku można sobie odpuścić.

Do zabytkowego browaru dotarliśmy około 15 więc o godzinę za późno. Pocałowaliśmy klamkę i wróciliśmy tym razem omijając autostrady, do Straning gdzie czekała na nas już druga część ekipy, która miała dojechać właśnie tego dnia.

Po dotarciu na miejsce zostało jeszcze sporo czasu na chillowanie więc na tym się skoncentrowaliśmy. Pękło kilka butelek wina i tym pozytywnym akcentem zakończyliśmy dzień.

Dzień 3:


 

 

Niedziela rozpoczęła się od małego bólu głowy, który jednak nie miał trwać długo. Po śniadaniu zwiedziliśmy winnice należącą do właścicielki, która nas oprowadziła i roztoczyła przed nami tajniki produkcji tego trunku. Trochę o winie, trochę o historii ich winnicy – fajnie się tego słuchało a nasza przewodniczka opowiadała to z niezwykłą pasją, co czyniło to jeszcze bardziej interesującym. Na koniec w myśl zasady „klina klinem” – degustacja wina. Nie byle jakiego bo 20-letniego. Nie jestem znawcą, więc nie będę się tu rozpisywać jaki bukiet wyczułem. Bo tak naprawdę sam nie wiem. Faktem jednak jest, że sprintu do kibelka nie było a więc wino się przyjęło.

Wino Krottendorfer Grüner Veltliner
Wino Krottendorfer Grüner Veltliner

Później wyruszyliśmy na podbój zamku Schloss Hof. Po drodze zgłodnieliśmy i zatrzymaliśmy się w restauracji Haslauerhof, którą znaleźliśmy po drodze. Śmiało można ją polecić. Wypasione żarło w miarę przystępnych cenach.

Schloss Hof
Schloss Hof

W związku z korkami nieopodal Wiednia (niestety wybraliśmy się autostradą) i postojem na jedzenie, na miejsce dotarliśmy stosunkowo późno a było co zwiedzać. Zamek + potężny kompleks ogrodowy zapewniają rozrywkę na co najmniej 2 godzinki. Pałac był najwyraźniej rezydencją Eugeniusza, Księcia Sabaudii. Dlaczego o tym wspominam? Prócz 7 tarasów, możliwości dotykania tkanin czy oglądania filmików, zdjęć itd. można zobaczyć wśród eksponatów (ponoć) wierną replikę fallusa księcia. Dosyć niecodzienne no ale cóż. Co kraj to obyczaj.

Na zamku zakończyliśmy zwiedzanie tego dnia, było już za późno żeby atakować ruiny w Hainburg więc wróciliśmy do Straning. Tam obmyśliliśmy (tym razem przy piwie) plan działania. A był on następujący: znalezienia Buschenschanku, który znajdował się w miejscowości obok. Knajpa należąca do rodziny Klingerów była oddalona od naszego noclegu o 1,5 kilometra. Przy chęci wypicia choćby lampki wina wybraliśmy się tam oczywiście pieszo.

 

Na miejscu okazało się, że sympatyczny Kalle, który prowadzi to miejsce, nie ma nam nic ciepłego do zaoferowania ale koniec końców przyniósł nam pieczywo, domowej roboty pasty z ryb i kilku innych cudów, świeże pomidorki oraz oczywiście wino. Posiedzieliśmy, popiliśmy i kiedy już mieliśmy wychodzić (nota bene jako ostatni goście) Kalle zapytał czy nie chcemy jeszcze wypić tzw. Stehachterl co oznacza tak jakby pożegnalnego drinka przy barze. Na jednym się oczywiście nie skończyło ale że rozmowa się kleiła to i dobrze się piło i stało przy barze. Koniec końców zaprzyjaźniliśmy się z Kalle do tego stopnia, że nie policzył nam tego co nam polał. Wspaniały gość!

Dzień 4:


 

Skutki dnia poprzedniego dały nam się mocno we znaki więc wyjazd do domu znacznie się opóźnił. Po śniadaniu spakowaliśmy nasze graty, zakupiliśmy wino (tyle ile tylko weszło do sakw), podziękowaliśmy właścicielce za udany pobyt i wyruszyliśmy z powrotem do Polski. W związku z prognozą pogody mówiącą o przelotnych opadach wybraliśmy podróż autostradą, jednak silne podmuchy wiatru towarzyszące nam całą drogą wyraźnie nas spowolniły. W sumie powrót zajął nam 7,5 godziny.

Podsumowanie:

Dolna Austria a w szczególności Weinviertel to bardzo ciekawy region, który często jest niestety niedoceniany. Patrząc na koszty poniżej można tam spędzić przy sprzyjającej pogodzie wspaniały czas przy stosunkowo niskich wydatkach. Równe drogi, umiarkowany ruch a także moc atrakcji w postaci zamków, zabytków i winnic tylko przemawiają na korzyść wyboru właśnie tego miejsca jako celu wypadu na motorze.

 


 

Bilety wstępu:

– Melk 13 Euro (za os.)

– Schloss Hof 13 Euro (za os.)

Nocleg wraz ze śniadaniem:

– 168 Euro

Paliwo:

– 330 kc

– 150 zł

– 25 Euro

Wyżywienie (na 1 osobę):

– około 50 Euro

Alkohol:

– lepiej nie pisać